Skocz do zawartości

Zdjęcie

Typowe błędy ciężarnej

- - - - -

  • Proszę się zalogować aby odpowiedzieć

#1
LIL'

LIL'

    BEWARE

  • Aktywny user KFD
  • PipPipPipPipPipPip
  • 3851 postów
  • Wiek: 35
    • Płeć:Mężczyzna
    • Miasto:Bydgoszcz
    • Staż [mies.]: rośnie
    Wyobraźmy sobie, że oto nagle w piątek wieczorem u ciężarnej będącej w 14 tyg. pierwszej ciąży występuje plamienie z dróg rodnych, jest śladowe, ledwie widoczne na bieliźnie, występują też nieznaczne pobolewania podbrzusza, mijające jednak co kilka minut.

    Najbliżsi członkowie rodziny i ona sama są z pewnością głęboko zaniepokojeni, bo wiedzą, że może być to objaw zagrożenia ciąży. Brak im jednak wiedzy, co tu się właściwie dzieje, dlaczego tak się dzieje i jak jest to groźne. Potrzebują informacji, co mają teraz robić - więc zaczynają jej poszukiwać - najpierw wśród samych siebie, często telefonicznie wśród znajomych, aż w końcu ktoś z nich podaje przypuszczalną przyczynę łatwą dla nich do zrozumienia i dlatego szybko przez wszystkich zaakceptowaną - jest to efekt przemęczenia, zbyt długiego spaceru, zmiany ciśnienia, zdenerwowania, "a może coś niewłaściwego zjadła" itp., itp. Wachlarz "przyczyn" jest tu dość szeroki, choć najczęściej przyczyna plamienia jest łączona z rzekomym "wysiłkiem fizycznym", jakiemu się ciężarna nieostrożnie poddała. Często jako dowód poprawności takiego rozumowania przywoływane są przykłady podobnych zdarzeń i zbawiennego wpływu na ich ustąpienie jednej rzeczy - odpoczynku. Co do tego jest pełna zgodność - należy się bezwzględnie położyć, a krwawienie minie. Oczywiście wszyscy solennie zapewniają się i są zgodni, że gdyby krwawienie powiększało się, utrzymywało, gdyby pojawiło się "coś jeszcze" należy pojechać do szpitala, ale na razie raczej nie, należy tylko "odpocząć" i zobaczyć, co się będzie działo dalej.

    Kobieta jest położona do łóżka z bezwzględnym zakazem wstawania egzekwowanym z całą stanowczością i leży. Leży w nim różnie długo, wszyscy pocieszają się, że plamienie rzeczywiście ustępuje, jest wyraźnie mniejsze, a nawet nie ma go po pewnym czasie wcale. Pytają ją co chwila jak się czuje - kobieta poddana takiej "psychologicznej presji" zazwyczaj mówi to, co wszyscy chcą usłyszeć - czyli, że czuje się już lepiej, cokolwiek by to miało dla niej znaczyć. Jest to psychologicznie wytłumaczalne - uważa, że swoim zachowaniem stworzyła wszystkim problem, chce go pomniejszyć, a może to zrobić twierdząc, że czuje się już dobrze. I tak też mówi, wszyscy oddychają z ulgą, dzwonią telefony z wzajemnymi zapewnieniami, że wszyscy mieli rację, że to pewnie nic wielkiego, że "jak będzie na siebie uważać" (to bardzo często padające w takich wypadkach stwierdzenie) to na pewno już "takie coś" nigdy się nie powtórzy i na pewno wszystko będzie dobrze. Przywoływane są liczne przykłady i przypadki, że leżenie dosłownie działa cuda w takich przypadkach.

    Zwracam uwagę, że postępowanie osób uczestniczących w opisanym przypadku nie miało charakteru bagatelizowania zdarzenia.

    Wszyscy wykazali się maksymalnym zaangażowaniem, wszyscy zrobili wszystko na poziomie swoich kwalifikacji do oceny zdarzenia. Właśnie - problem był oceniany i wyjaśniany na takim poziomie, na jakim był możliwy, czyli mówiąc otwarcie, sytuacja i jej skutki były oceniane przez grono medycznych laików, ludzi zupełnie niekompetentnych, choć oczywiście pełnych dobrej woli.

    Charakterystyczne też, że niezmiernie rzadko ktoś wpada wtedy na pomysł, aby zadzwonić do lekarza prowadzącego ciążę i spytać go, co robić, choć przecież powinno być to sprawą oczywistą - w końcu na karcie ciąży jest widoczny numer telefonu lekarza...

    Powróćmy jednak na chwilę do naszej leżącej od kilku - kilkunastu godzin kobiety. Otóż musi ona w pewnym momencie wstać, choćby po to, aby pójść do ubikacji. Najbliżsi są tym nieco zaniepokojeni - oto pojawił się nowy element sytuacji, ( "bo teraz z całą pewnością jest dobrze, a jak wstanie z łóżka to może się coś stać") pozwalają jej jednak na to, uspokojeni faktem "poprawy" i brakiem krwawienia. Kobieta idzie do ubikacji i siedząc na niej z przerażeniem stwierdza, że z dróg rodnych wypływa nagle duża ilość krwi, łącznie z kilkucentymetrowymi skrzepami. Panika, płacz, telefon na pogotowie, nerwowe oczekiwanie na jego przyjazd, wahania, czy nie zawieźć jej taksówką, byle by było szybciej, próby wzajemnego pocieszania się, głębokie przekonanie, że właśnie wstanie z łóżka spowodowało "krwotok". Scenariusz zdarzenia jest tak typowy, że nie powinien właściwie istnieć, bo zbyt często kończy się dokonanym poronieniem.

    Już wtedy, ale jeszcze niejako na bocznym torze rozumowania pojawia się potrzeba znalezienia "winnego" - może być to pogotowie, które przyjechało oczywiście "za późno", a już potem często winą obarcza się personel oddziału ginekologicznego, lekarzy, położne itp.

    To paradoks, że splot wydarzeń doprowadzający do straty ciąży jest ciągle ten sam, że stale powielane są te same błędy, że grupa ludzi, wcale w końcu życiowo nie najgłupszych podejmuje w najlepszej wierze działanie, (bo brak działania jest tu też działaniem), które nie ma przeważnie szans na sukces. Co powoduje, że często ludzie wykształceni, światli, przekonani o własnych dużych umiejętnościach zawodowych niedostępnych innym nagle czują się kompetentni w sprawach zupełnie dla nich obcych?

    Postawa taka ma wszelkie znamiona tzw. "myślenia magicznego", "zaklinania rzeczywistości" - to, co sądzimy o sprawie stanie się bytem realnym, a im bardziej jesteśmy przekonani i bardziej stanowczo przekonujemy otoczenie, że stanie się tak jak chcemy, tym większe są na to szanse. Reagujemy tak częściej niż sądzimy w sytuacji wywołującej stres i gdy nie mamy żadnych realnych przesłanek do działań racjonalnych. W takich warunkach zaciera się granica między tym, co chcemy, by było, a tym, co naprawdę jest - wzajemne przenikanie się pragnień i rzeczywistości nie pozwala już na ich rozróżnienie - trwamy w takim stanie świadomości, że wyrzucamy z percepcji fakty przeczące naszym wyobrażeniom o rzeczywistości. Stwarzamy świat oparty o logikę wyobrażeń. To zawodzi, bo inaczej w położnictwie być nie może.

    Na początku jednak parę wyjaśnień z medycznego punktu widzenia.

    Nasza teoretyczna pacjentka miała poronienie zagrażające, wywołane prawdopodobnie niedoczynnością hormonalną ciałka żółtego i brakiem przejęcia w pełni funkcji endokrynnej w zakresie produkcji progesteronu przez łożysko, na co wskazuje i statystyka przyczyn i wiek ciąży. Spadek progesteronu zapoczątkował uruchomienie czynności skurczowej macicy, to z kolei następowe częściowe odklejanie się łożyska od ściany macicy i krwawienie z dróg rodnych.

    Mimo że powyższy opis jest może niezrozumiały dla większości, został podany w dużym uproszczeniu, opis inny, uwzględniający jeszcze wpływ autonomicznego układu nerwowego macicy, opis z użyciem języka czysto medycznego zawierałby w sobie jeszcze bardziej niezrozumiałe określenia i jako taki nie miałby tu sensu. Przyczyny powstawania poronień naprawdę są nieco bardziej skomplikowane niż sądzi większość, zwłaszcza w kontekście powszechnego uznawania wysiłku fizycznego za przyczynę jedyną, najważniejszą i najtragiczniejsza w skutkach.

    Powróćmy do naszej pacjentki.

    Po tym, jak zaczęła odczuwać niewielkie bóle podbrzusza i zauważyła niewielkie krwawienie położono ją i plamienie pozornie ustało. W rzeczywistości wcale nie ustało, nadal łożysko z powodu skurczów odklejało się, nadal było krwawienie z macicy, ale krew gromadziła się i krzepła w pozycji leżącej w sklepieniach pochwy, a nie wypływała na zewnątrz drogami naturalnymi. Oczywiste, że jak kobieta poszła do ubikacji, zajęła pozycję na sedesie umożliwiającą większą możliwość wypłynięcia krwi z pochwy, a jeszcze dodatkowo, gdy napięła mięśnie brzucha - nastąpiło wypadnięcie skrzepniętej krwi z pochwy. Dramatyzm tego zdarzenia był pozorny - niebezpieczne było w rzeczywistości to, co się działo cały czas, gdy kobieta leżała - było to postępujące odklejanie się łożyska i zmniejszanie jego powierzchni kontaktu z mięśniem macicy, a więc ograniczenie dopływu tlenu do płodu, co prowadziło do jego obumarcia. W takim przypadku działaniem ratującym ciążę jest właśnie zahamowanie czynności skurczowej macicy, a nie samego krwawienia - krwawienie jest tylko sygnałem, zagrożenie kryje się w rzeczywistości gdzie indziej.

    Charakterystyczne, choć nieznane szerzej jest to, że nasilenie krwawienia nie zawsze jest proporcjonalne dla samego stopnia zagrożenia płodu - czasami śladowe plamienie z macicy sygnalizuje stworzenie się olbrzymiego krwiaka pozałożyskowego powodującego szybkie obumarcie płodu.

    To jedna z możliwości zagrożenia i utraty ciąży.

    Istnieje ich wiele, w każdym okresie ciąży mogą być inne, niektóre stwarzają niebezpieczeństwo nie tylko dla stanu dziecka, ale i matki. Zbyt często zapominamy, że przy porodzie można stracić życie, zdarza się to i dziś, choć bardzo rzadko, ale takie sytuacje istnieją nie tylko w literackich opisach. Niektóre choroby spotykane w ciąży mimo całego rozwoju medycyny nadal stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla matki - to krwotoki, atonia macicy, rzucawka, zakażenie połogowe, zespół wykrzepiania wewnątrznaczyniowego itd. Często ich pierwsze symptomy są niewielkie, za to narastanie zagrożenia życia pod ich wpływem tak szybkie, ze położnictwo ma nawet na to specjalne określenie - piorunujące

    hormony.pl
    • 0

    Doradca KFD

    Doradca KFD
    • KFD pro

    Siemka, sprawdź ofertę specjalną:




    Poniżej kilka linków do tematów podobnych do Twojego:



    0 użytkowników czyta ten temat

    0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych użytkowników

     Zamknij okienko