Skocz do zawartości

Zdjęcie

Poród

- - - - -

  • Proszę się zalogować aby odpowiedzieć

#1
LIL'

LIL'

    BEWARE

  • Aktywny user KFD
  • PipPipPipPipPipPip
  • 3851 postów
  • Wiek: 35
    • Płeć:Mężczyzna
    • Miasto:Bydgoszcz
    • Staż [mies.]: rośnie
    Skoro już wystarczająco dowiodłem potrzeby posiadania "swojego" ginekologa w czasie ciąży, warto zająć się tym, co budzi najwięcej emocji - porodem.
    Te emocje są zawsze spore i zupełnie słusznie, również z mojej strony - bo stale mnie zdumiewa, gdy widzę, jak przygotowane są do niego kobiety i jak przeważnie jest to pozbawione sensu.

    To właściwie poród był powodem napisania tego artykułu.

    Na początku zaznaczam, że poniższe rozważania i porady będą dotyczyć wyłącznie porodu niepowikłanego - takiego, jaki może odbyć się "drogami naturalnymi", a nie poprzez cięcie cesarskie. Nigdy to do końca nie jest pewne, często trzeba skończyć poród operacyjnie prawie w ostatnim momencie, bo wymaga tego dobro dziecka lub matki lub obojga jednocześnie.

    Zakładamy jednak na razie, że mamy do czynienia z prawidłowo rozwijającą się, niepowikłaną ciążą, którą należy ukończyć urodzeniem zdrowego, silnego dziecka przy jak najmniejszym obciążeniu jego matki.

    Jest to możliwe w stopniu większym, niż większość kobiet sobie z tego zdaje sprawę.

    O ile niektóre ciężarne sądzą, że opieka nad nimi nie jest aż tak istotna, by angażować w nią "osobistego" ginekologa ( błąd!) o tyle już sam poród budzi większy niepokój i tu czasami przed terminem porodu obserwuje się nerwowe ruchy ciężarnej i jej rodziny. Trudno nie przyznać w tym momencie racji - poród ma wpływ na stan dziecka, poród to ból, nie ma co ukrywać, że ogromny, to stres psychiczny, obawa, że coś pójdzie nie tak...Wprawdzie uspokajająco brzmią zapewnienia najbliższych typu "...Tyle kobiet urodziło, to i ty urodzisz...", jednak wraz ze zbliżaniem się terminu porodu (zwłaszcza pierwszej ciąży) nie ma kobiety, która nie odczuwałaby niepokoju.

    Jest on uzasadniony.

    Poród do końca stanowi niewiadomą, zagrożenie może powstać w ciągu sekundy i jest to określenie bez najmniejszej przesady.

    Przykłady? Jest ich olbrzymia ilość.
    Podam dwa.

    Rodzi wieloródka, poród przebiega absolutnie prawidłowo, bez najmniejszych objawów zagrażających. Położna jest nawet nieco rozluźniona, przyszła matka jest zdyscyplinowana, wykonuje wszystkie polecenia położnej, obie sobie w przerwach miedzy skurczami miło rozmawiają. Tętno płodu słuchane po każdym prawidłowym skurczu prawidłowe, nic, ale to absolutnie nic nie wskazuje na jakiekolwiek zagrożenie. W czasie jednego ze skurczów macicy przy jeszcze wysoko położonej główce dziecka (tzw. "balotującej") pęka pęcherz płodowy, odchodzą w dużych ilościach wody płodowe, niestety ich strumień porywa i wypycha obok główki dziecka pępowinę. Główka dziecka wpada głębiej do kostnego kanału rodnego i dociska pępowinę do kości miednicy w ten sposób, że bardzo maleje lub przy skurczu macicy zupełnie ustaje przepływ krwi z tlenem od matki do dziecka, które oczywiście zaczyna się dusić. Rodząca nawet tego nie zauważa, bo zauważyć nie może. To powikłanie porodu nazywa się wypadnięciem pępowiny i wcale nie jest tak rzadkie. Zabezpieczeniem się przed tym powikłaniem jest prawidłowe prowadzenie porodu przez położną i niedopuszczanie do przedwczesnego odejścia wód płodowych przy wysoko leżącej, balotującej główce dziecka.

    Wracając do opisywanego przypadku - bez natychmiastowej pomocy dziecko nie ma szans, zwłaszcza, gdy jest jeszcze niepełne rozwarcie szyjki i niemożliwe jest przez to natychmiastowe urodzenie się dziecka "drogami natury"- musi się więc ono natychmiast urodzić poprzez ciecie cesarskie. Nie ma szansy na wepchnięcie pępowiny ręką ponad główkę dziecka - jest to technicznie niemożliwe.

    Przy wypadnięciu pępowiny istnieje pewien mechanizm ochronny - macica po gwałtownym odpłynięciu wód płodowych a więc po zmniejszeniu swojej pojemności na kilka minut przestaje się zazwyczaj kurczyć, niestety nie zawsze, niestety przerwa ta nie trwa długo, zwłaszcza przy nasilonej akcji skurczowej macicy.
    Zazwyczaj jednak na szczęście jakaś przerwa w skurczach się pojawia i wtedy należy ja wykorzystać.

    Główka nie jest więc natychmiast przyciskana do miednicy kostnej,daje się ją lekko odepchnąć do góry, co poszerza szparę między nią a kośćmi miednicy i krew w pępowinie może choć trochę płynąć.

    Przy stwierdzeniu wypadniętej pępowiny zaczyna się dziać wiele spraw jednocześnie. Położna obecna przy porodzie woła (choć właściwie lepiej byłoby określić - drze się ze wszystkich sił), co się stało, jednocześnie wsadza swoją rękę do kanału rodnego i odpycha główkę dziecka do góry - w przeciwnym kierunku niż chce się ona rodzić. Nie jest to zawsze łatwe - skurcze tak potężnego mięśnia, jakim jest rodząca macica pchają z dużą siłą główkę dziecka do dołu, która dociska pępowinę do ścian kanału kostnego. Położna przeciwstawiając się schodzeniu główki poprzez swój nacisk od dołu do góry daje szansę utrzymania szczeliny miedzy główką a kośćmi miednicy tak, by choć trochę umożliwić przepływ krwi przez pępowinę. Nie może tej ręki wyjąć do samego końca, bo dziecko nie ma już szans na poród drogami natury - wtedy może zginąć. Położna nic już do końca tego porodu nie obchodzi, jej rola to trzymać główkę, reszta należy do innych. Nikt zresztą od niej nic nie chce oprócz jednego - wiadomości, czy pępowina, którą czuje pod palcami tętni. Jak tętni to dobrze, to znaczy, że krew do dziecka dociera i nie jest jeszcze najgorzej. Macica po chwili względnego spokoju spowodowanego zmniejszeniem się jej objętości z powodu odejścia wód płodowych zaczyna znowu kurczyć się i przyciskać główkę do kości miednicy. Tętno płodu wyraźnie zwalnia i nie wraca do poprzedniej częstotliwości nawet w okresach miedzyskurczowych. Dziecko się dusi, wykonuje tułowiem gwałtowne ruchy w macicy. Jedyną szansą jest natychmiastowe, w ciągu tych kilku pozostałych minut wydobycie dziecka cięciem cesarskim, zanim umrze lub nawet, jeśli nie umrze, może mieć trwałe uszkodzenia mózgu z powodu niedotlenienia, jak u np. zbyt późno uratowanych topielców.
    Reakcja na krzyk położnej spowodowała dalsze działania. Salowe lub ktokolwiek, kto jest w pobliżu, oprócz lekarzy przenoszą rodzącą na wózek transportowy lub ciągną ją z łóżkiem porodowym na salę operacyjną. Najważniejszą osobą jest wtedy położna "trzymająca" główkę - nie można jej w czasie transportu zagradzać drogę, najlepiej w ogóle jej nie dotykać, bo to może jej przeszkadzać w odpychaniu główki.
    Lekarzy już na sali porodowej nie ma - są na sali operacyjnej, gdzie rezygnują ze standardowego 15-minutowego mycia się jak przed każdym zabiegiem operacyjnym - nie ma na to czasu. Wkładają ręce w jakiś środek dezynfekujący (np. jodynę) wkładają ubranie operacyjne, pacjentka jest przekładana na stół operacyjny, anestezjolog znieczula pacjentkę (został natychmiast wezwany przez którąś z położnych), jest ona okrywana serwetami operacyjnymi z widocznym tylko fragmentem brzucha, gdzie trzeba wykonać cięcie. Położna nadal stara się odpychać główkę dziecka półklęcząc w zgiętej pozycji pod chustami operacyjnymi. Na sygnał anestezjologa rozcina się wszystkie partie tkanek dochodząc do główki, położna słyszy "puść!!" Dopiero wtedy wyjmuje zesztywniałą rękę, następuje wydobycie dziecka, zajmuje się nim natychmiast lekarz neonatolog, lekarze zszywają po kolei tkanki.

    Koniec porodu.

    Rodzi kobieta będąca w kolejnej ciąży w terminie. Poród przebiega prawidłowo, rodzi się zdrowe dziecko. Są jednak kłopoty z odejściem łożyska mimo podejmowania przez położną typowych czynności, aby je urodzić. Wezwany lekarz po wyczerpaniu się możliwości ingerencji farmakologicznej przystępuje do zabiegu ręcznego wydobycia łożyska. To trudny technicznie i niebezpieczny zabieg, pacjentka jest znieczulona przez anestezjologa, zasypia, lekarz przy zachowaniu całej procedury zabiegu operacyjnego wkłada całą swoja rękę do macicy (koszmarny widok z boku - ręka prawie po łokieć jest w drogach rodnych) i oddziela łożysko od ściany macicy. To bardzo trudne, ale się udaje, niestety to nie koniec powikłań - macica po zabiegu nie obkurcza się i dochodzi do krwotoku. Podejmowane są różne próby podawania środków obkurczających - bez efektu, z macicy strugą wypływa krew w takim tempie, jakby była wylewana np. z czajnika, gwałtownie pogarsza się stan kobiety. Wszyscy mają świadomość, że ta kobieta znajduje się w sytuacji krytycznej - może umrzeć. Oczywiście dostaje natychmiast krew do wszystkich żył, jakie uda się udostępnić, nikt nie zajmuje się robieniem próby krzyżowej w dobieraniu zgodnej grupowo krwi, toczona jest tzw. krew uniwersalna O Rh i mniejsza o ewentualne późniejsze powikłania hematologiczne, ale przypomina to czerpanie wody sitem, bo co się wleje to wycieknie - macica nadal krwawi. Stan pacjentki gwałtownie się pogarsza. Decyzja o operacyjnym usunięciu macicy jest trudna, bo operacja w tym stanie może doprowadzić do zgonu, więc może jeszcze poczekamy minutę, może macica się obkurczy...
    Niech ktoś przez chwile spróbuje sobie wyobrazić napięcie lekarza decydującego - robić operację czy jeszcze czekać? Co lepsze? Czasem w ostatniej chwili już na stole operacyjnym okazuje się, że macica zaczyna się obkurczać. Co robić - dalej czekać, bo krwawienie jest jakby mniejsze i macica się obkurczyła, ale to może być chwilowe i zaraz krwotok może wrócić. A może usuwać macicę już, bo za chwilę pacjentka będzie w jeszcze gorszym stanie? Decyzja, decyzja, decyzja!! Wszyscy czekają, decyduje jedna osoba - jeden lekarz i tak jest najlepiej dla pacjentki. I tylko on wie, jakim obciążeniom psychicznym jest właśnie poddawany.
    Operacja odbywa się w łatwej do wyobrażenia "atmosferze" podobnie jak poprzednio na sali porodowej - nerwy wszystkich są napięte do ostatnich granic, czasami położna, która choć na milimetr odstąpi od wykonania polecenia tak jak widzi to lekarz zostaje natychmiast "przywołana do porządku" i to na pewno nie spokojnym głosem. Świadomość, że każda upływająca minuta do czasu zaciśnięcia narzędzi chirurgicznych na tętnicach macicy zagraża życiu kobiety powoduje wprost niewyobrażalnie wielki stres - w takich wypadkach nie ma "rutyniarzy" spokojnie patrzących z boku, angażują się wszyscy i to maksymalnie.

    Te dwa opisane przypadki maja ze sobą jedną wspólna cechę - powstały jak "grom z jasnego nieba". Jak są częste - to zależy od ilości porodów w ogóle, ale przeciętnie trzeba założyć, że raz w tygodniu jest poród skomplikowany, raz w miesiącu taki jak opisany wyżej, raz w roku taki, który według wszelkich prawideł powinien skończyć się zgonem matki, jednak przeważnie się tak nie kończy.

    Niech opisane wyżej sytuacje położnicze będą też moim głosem w dyskusji na temat porodów w domu, coraz bardziej modnych w Warszawie wśród osób z pewnego kręgu piosenkarek, znanych dziennikarek itp. Została tu nawet stworzona na tą okoliczność cała ideologia, skwapliwie podtrzymywana przez pewna grupę lekarzy i położnych, (mających z tego niezłe pieniądze), że to takie mniej stresujące dla matki i dziecka i takie "jakby bliższe naturze, rodzenie w blasku swego ogniska domowego", jak powiedziała w wywiadzie w pewnym piśmie kobiecym jedna z rodzących w ten sposób i bardziej znanych kobiet "z branży".
    Dla położnika, który widział to i owo w swojej pracy może to najwyżej świadczyć o dalej działających prawach doboru naturalnego zakładających eliminowanie linii genetycznych osobników nieprzystosowanych do życia, w tym przypadku z powodu głupoty.

    Każdy poród jest do końca niewiadomą. Można opisywać długo wszelkie powikłania pojawiające się w ostatnich jego chwilach - pęknięcia macicy, ataki rzucawki, porody przebiegające przy nagle stwierdzanych nieprawidłowych ułożeniach dziecka - tzw. wypadnięciach części drobnych, przedwczesne odklejania się łożyska, łożyska przodujące rozpoznawane w ostatniej chwili itd.

    Olbrzymia większość ludzi w ogóle nie dopuszcza do siebie myśli, że poród może skończyć się dla matki tragicznie. Dla dziecka - z trudem, ale jednak taka możliwość jest czasami brana pod uwagę, natomiast "żeby dziś młoda, zdrowa kobieta, która przyszła tylko do porodu..." To przekracza granice rozumienia ludzi, mimo to bardzo rzadko, ale się zdarza. Przypadek zgonu matki związanego z porodem może dotyczyć i prowincjonalnego szpitala jak i wiodącej kliniki położniczej.

    Poród jest do końca niewiadomą i warto o tym pamiętać.

    Wiele kobiet nie szuka wcale "dojść" do personelu w celu zapewnienia sobie indywidualnej opieki w czasie porodu i wcale nie twierdzę, że postępują niewłaściwie.
    Po prostu przychodzą i rodzą i tak też jest dobrze, bez względu na to, jakie są "motywy takiego "porodu z marszu". Może nie potrzebują aż tak bardzo świadomości istnienia jakiejś specjalnej opieki, może je na to po prostu nie stać, może nie wiedzą jak to sobie zorganizować. A może po prostu uważają, że jest to zbędne, bo i tak wszyscy na sali porodowej zrobią to, co do nich należy i tak naprawdę mają rację - nie ma takiej możliwości, aby reakcja personelu na zagrożenie jej lub dziecka w takich sytuacjach jak wyżej opisałem była inna, dlatego, że rodząca kobieta jest anonimowa i nie ma żadnej znajomej położnej czy lekarza.

    Nieprawdą jest, że np. kobieta miała krwotok i nikt się tym na sali porodowej nie zainteresował, wtedy prawdopodobnie by już nie żyła, nieprawdą są opowieści, że położna nie interesowała się nią zupełnie, dopóki nie zapłaciła itp.
    Nie twierdzę, że wszystko zawsze i wszędzie na sali porodowej dzieje się prawidłowo. Na pewno jest dużo niewrażliwości na ból rodzącej - po odebraniu w życiu iluś tam tysięcy porodów jego postrzeganie ze strony personelu położniczego jest rzeczywiście praktycznie żadne.
    Nie jest też tak, że nie ma błędów wynikających z czyjegoś niedopatrzenia, braku wiedzy, wyobraźni, nawet głupoty.
    Niezmiernie rzadko jednak ma się do czynienia z błędem, który jest wynikiem świadomego działania niosącego w sobie ryzyko dla matki lub dziecka. Już prędzej dojdzie do typowego błędu z zaniechania, zwykłego zmęczenia, ale nigdy nie jest tak, że coś się z rodzącą dzieje, a położna w tym czasie wiedząc o tym pije spokojnie kawę.

    Owszem, czasami rodząca jest potraktowana niewłaściwie. Czasem coś kilkakrotnie robi źle, mimo upominania, czasem trafi na zły nastrój położnej, czasem na taką, która rzeczywiście może być znakomita fachowo, ale nie ma dobrego kontaktu ze swoimi pacjentkami na sali porodowej, czasami panią salową najdzie nagle ochota udowodnić, kto tu ma "władzę". A czasami sympatyczna, Bogu ducha winna pacjentka, grzeczna, przestraszona tak, że składa się prawie wyłącznie z zaokrąglonych ze strachu oczu zupełnie "za bezdurno" obrywa właściwie nie wiadomo do końca dlaczego i w jakich okolicznościach. Właściwie słowo "obrywa" nie odpowiada prawdzie, może być to zwrócona uwaga, że za długo blokuje telefon (chwała Bogu są już komórkowe), że gdzieś poszła jak była potrzebna pani położnej do zbadania na sali porodowej, bo takie było zlecenie na porannej wizycie, że nie chodziła regularnie w ciąży do kontroli...

    Nie są to właściwie poważne wydarzenia, a przynajmniej nie takie, aby średnio pyskata Polka sobie z nimi nie poradziła, ale w innym miejscu i innych okolicznościach. Właśnie w innych okolicznościach, w innym czasie, a przede wszystkim w innym miejscu byłoby to zlekceważone lub wywołało adekwatną reakcję, ale oddział szpitalny jest środowiskiem nowym, dziwnym, strasznym, kieruje się różnymi od dotychczasowych zasadami postępowania i logiki, wszystko jest obce, wszędzie kręcą się ludzie nawet ubrani inaczej - po prostu jedna groza.
    Przypomina to trochę sytuację młodych "kotów" w pierwszych dniach po wcieleniu do jednostki - tam też wszystko jest inne, różne, nie wiadomo, czemu to wszystko służy, i dlaczego jest tu tak obco i strasznie... Dochodzą do tego jeszcze wieczorne opowieści innych "sióstr w niedoli", a wtedy już tylko jest jedna wielki horror. Zdumiewające, jak kobiety, skądinąd inteligentne tracą zupełnie krytycyzm w ocenie takich opowieści.

    Oto autentyczna opowieść jednej z położnych sprzed kilku lat z niewielkiego miasteczka, gdzie pracowałem, gdzie wszyscy się znają, choćby z widzenia. Otóż stojąc kiedyś na przystanku usłyszała opowieść o tym, jak jedna z jej koleżanek - położnych "tak wyduszała dziecko z brzucha, że wydusiła mu mózg z czaszki i dlatego umarło". Był to ludowy opis porodu dziecka urodzonego z głęboką wadą, tzw. płodu bezczaszkowego, niezdolnego do życia pozamatczynego, które oczywiście dlatego natychmiast po porodzie umiera. Płód taki rodzi się z twarzą, ale bez głowy, kto tego nie widział po prostu nie jest w stanie sobie tego wyobrazić i dobrze, bo widok jest rzeczywiście makabryczny nawet dla personelu sali porodowej. Nie byłoby może w całym zdarzeniu (mówię oczywiście o rozmowie na przystanku), nic nadzwyczajnego, w końcu bywają ludzie o różnym poziomie intelektualnym, ale tam wydarzyło się coś o wiele moim zdaniem istotniejszego. Otóż owa położna miała okazję obserwować reakcję ludzi, którzy oczywiście przysłuchiwali się jednym uchem tej opowieści jednej pani kierowanej do drugiej pani.
    Takie opowieści zawsze są bowiem prowadzone tak, aby i reszta mogła słyszeć, bo na tym przecież polega cały ich dramatyzm sytuacyjny.
    Człowiek często określa swój stosunek do świata automatycznie i niekoniecznie jest to głośno wyrażona opinia ze stwierdzeniem, rozwinięciem i uzasadnieniem. Często jest to "mowa ciała" wyrażona zmianą postawy, gestem, grymasem twarzy, reakcją samych rąk, wydaniem jakiegoś dźwięku. Na przystanku według położnej nie było osoby, która by miała wątpliwości co do prawdziwości tego zdarzenia. Pewnie to przesada, w końcu nie była w tym momencie zupełnie obiektywna, raczej dosłownie gotowała się ze złości, ale twierdziła, że nie zauważyła ani jednej osoby wątpiącej - wśród czekających na autobus były raczej takie charakterystyczne uśmieszki pełne politowania, rezygnacji, bezsilności wobec "nich", takie " no co można im zrobić - wiadomo, że nic".
    Do tego samego gatunku zdarzeń należy komentarz, jaki usłyszałem kiedyś z sąsiedniego stolika eleganckiej restauracji, gdzie siedzący tyłem
    i niewidzący mnie jeden z panów wymienił moje nazwisko mówiąc krótko i węzłowato - "ten sk......n zmarnował mi żonę". Mówił o operacji usunięcia jej macicy z powodu mięśniaków, a więc ani mu ją operacją nie zmarnowałem, raczej wprost przeciwnie, ani nie zoperowałem, dlatego, że się nudziłem na oddziale i nagle postanowiłem, że dziś sobie zoperuję panią X z powodu braku kawy i innych zajęć.
    Panów przychodził przed planowaną operacją na oddział, dowiadywał się o stan żony, był uprzedzająco grzeczny, proponował jakieś pieniądze za operację, był wzorem troskliwego męża swej chorej żony. Stosunki miedzy nami były cały czas nawet więcej niż poprawne, oboje w dniu wypisu pożegnali się ze mną bardzo serdecznie, dziękując za wszystko, chyba nawet dostałem wtedy za moje starania jakąś butelkę lepszego koniaku. Czyli wszystko w normie - szczere podziękowania, przysłowiowy koniak dla doktora i do chałupy.
    Co łączy te dwa wydarzenia? Oboje, ta pani z przystanku, raczej kobieta prosta i mąż "zmarnowanej" żony, pan po studiach i na dość eksponowanym stanowisku tak naprawdę nie odnosili się w swych wypowiedziach personalnie do mnie czy położnej. Nie odnosili się nawet do szpitala, do samej potrzeby leczenia, tym bardziej metody leczenia - oni odreagowywali niebezpieczeństwo, określali w ten sposób swoją nienawiść do niego i do swojej bezradności, która już była i którą się długo pamięta lub do tej hipotetycznej, ale stale grożącej, mogącej w każdej chwili powstać, wyrwać ze swojego środowiska, rzucić w obce miejsce i uzależnić od nieznanych sobie ludzi w białych ubraniach...

    Budzi to czasami frustrację wśród personelu medycznego, choć nie powinno, jeśli wszystko robi się najlepiej jak można, a przynajmniej dobrze, gorzej, że działa także w druga stronę - podgrzewa atmosferę strachu wśród samych pacjentów.

    Każda rodząca z wielką uwagą obserwuje stosunek personelu do niej.

    Stawiam jednak tezę, że nie dzieje się tak wyłącznie dlatego, że jest to nowe, nieznane i groźne środowisko. Twierdzę także, że nie została psychicznie ustawiona do pobytu na oddziale tak, jak powinna, że nie uzmysławia sobie właściwie roli pracujących tam osób, a często postrzega je w niewłaściwych kategoriach.

    Ustalmy więc na początek "warunki brzegowe".

    Rolą wszystkich osób na oddziale jest udzielenie jej pomocy w urodzeniu jej dziecka.
    Chyba najgorszy sceptyk nie stwierdzi, że jest inaczej, że rola położnictwa polega na tym, aby jej w tym przeszkadzać.

    A więc pewnie chodzi o to, że ta pomoc jest nieodpowiednia i mogłaby być tak ogólnie lepsza. Oczywiście - zawsze może być lepsza.

    Gdy spytać jednak kobietę narzekającą na sposób pracy personelu porodówki, co jej się nie podobało w obsłudze fachowej, ściśle od strony kompetencji zawodowej położnej w prowadzenia porodu i nie pozwolić sobie na rozmycie tematu, to tak właściwie kobieta nie wie, co było nie tak. No bo co właściwie może powiedzieć - że położna w niewłaściwym momencie podała środki rozkurczowe? Że zbyt wcześnie nacięła krocze? Że była w którymkolwiek momencie porodu niekompetentna?

    Przecież nie jest w stanie tego ocenić.
    U kobiet niezadowolonych pozostaje do skrytykowania to, co mogą zauważyć i ocenić, - czyli sposób bycia, grzeczność, uprzejmość lub jej brak, czy położna się do niej uśmiecha, czy jest naburmuszona (to zawsze najgorsza położna na oddziale!)

    Nie popełnię też chyba większego błędu stawiając tezę, że prawie wszystkie kobiety idą rodzić z założeniem, że ich wrażenia z pobytu na porodówce będą złe.

    Co słyszy kobieta wybierająca się do porodu - najczęściej stwierdzenia, w których często odmienia się słowo "wytrzymać" - "jakoś to wytrzymasz, inne wytrzymały to ty też wytrzymasz, trzymaj się tam, będziemy za ciebie trzymać". Już najbliżsi pocieszając ją właściwie takimi stwierdzeniami dostarczają jej pozawerbalną informację, że ma do wykonania ciężkie zadanie, że będzie sama, zdana na siebie, ale musi to właśnie jakoś "wytrzymać", choćby nie wiadomo co, bo nagrodą będzie dziecko.
    Rodzące nie zdają sobie sprawy, ani przed porodem ani po, że zostały oto właśnie poddane swoistej obróbce psychologicznej i nawet o tym nie wiedziały.
    Powstają potem, już po wyjściu ze szpitala barwne opowieści, tak nie do końca prawdziwe, przesadne, których puenty są zwykłym odreagowaniem bólu, stresu, niewykluczone, że czasem niewłaściwego podejścia do rodzącej, przynajmniej w jej rozumieniu, czasem nawet czyjejś nie do końca grzecznej wypowiedzi ze strony personelu.

    hormony.pl
    • 0

    Doradca KFD

    Doradca KFD
    • KFD pro

    Siemka, sprawdź ofertę specjalną:




    Poniżej kilka linków do tematów podobnych do Twojego:



    0 użytkowników czyta ten temat

    0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych użytkowników

     Zamknij okienko