Skocz do zawartości

antek098

antek098

Użytkownik od 31 08 2012
Offline Ostatnio aktywny cze 16 2016 22:08
**---

Pracować mądrzej nie ciężej. Moja droga

25 grudzień 2015 - 11:50

Witajcie, mam dla Was dłuższą lekturę, mam nadzieję, że ktoś dotrwa do końca :-) 

Dziś chciałem przedstawić swoją drogę tak na prawdę, przez mękę. 
Nie będzie to wesoła historia, oszczędzę sobie szczegółów z mojego prywatnego życia, jednak jeden wątek pozostawię, gdyż nie pozostał obojętnym w kwestii metamorfozy sylwetki...

Dlaczego była to droga przez mękę? byłem uzależniony od cukru.... wiem, część z Was pewnie się teraz szyderczo uśmiechnie przed monitorem, jednak fakt jest taki, że nie potrafiłem żyć bez cukru, nie wyobrażałem sobie zjadania małej ilości węglowodanów, gdyż wtedy dopadał mnie stres, wnerwienie na wszystkich w okół i psychiczne doły. 

Chcę od razu nadmienić : ten temat nie służy dla promocji mojej osoby czy promowania jedynego słusznego rozwiązania dla każdego. Proszę byście nie wrzucali mnie do modeli Kwaśniewskiego czy paleo... 

Postaram się w punktach opisać jak to wszystko wyglądało....

1. W kwietniu tego roku (2015) zjechałem do Wrocławia - mojego miasta po nieudanych i przykrych perypetiach życiowych zaliczonych na Śląsku. Niczego nie żałuję, doświadczenie zbiera się latami, jednak był to ciężki okres - przede wszystkim psychicznie, ale jestem zbyt silną osobą i zbyt dumną by się tak łatwo poddać. Nie przerwałem treningów, jednak moja motywacja do ich wykonywania wynosiła 0,1% - chodziłem bo chodziłem, bez większego energetycznego kopa. Nie za bardzo w siebie wierzyłem. Szczęście odnalazłem w jedzeniu, rzecz która wydawała mi się abstrakcją mocno się urzeczywistniła. Jakakolwiek potyczka treningowa czy też zwykła życiowa bzdura, gdy zajmowała mi głowę - uciekałem w jedzenie. To nie jest tak, że nie liczyłem ile jadłem... liczyłem, jadłem dużo węglowodanów, a weekendami pizza i inne smakołyki. Siła na treningach była, ale chyba nie do końca mogę przyznać, że wydolność była równie dobra...nie było jej wcale. Nie przeszkadzało mi to zjadać kolejnych porcji texas burgerów i być szczęśliwym papuśnym grubasem. Tak, kratka na brzuchu była, gdyż jest to bardziej kwestia rozwoju masy mięśniowej na brzuchu aniżeli faktycznego dobrego odtłuszczenia i świetnego funkcjonowania organizmu. Czułem się świetnie, tak samo jak czuje się świetnie każdy heroinista po spożyciu kolejnej dawki....jednak gdy dopadał mnie cukrowy głód, było co najmniej fatalnie zarówno dla mnie jak i osób postronnych, a także tych z najbliższego mi otoczenia. Bez kija nie podchodź, bo 107kg grubas może poważnie uszkodzić.... 

2. Postanowiłem coś z tym zrobić. Ciało grubasa, ale głowa ciągle sportowca. Nie mogłem się tak po prostu poddać. Jako, że insulinowrażliwość była na poziomie dna i mułu postanowiłem odciąć się od węglowodanów - definitywnie. Ustalić głęboki deficyt i poddać ciało ketozie. Kolejne skrajne rozwiązanie dla skrajnego przypadku. Pierwszy tydzień był koszmarem, organizm starał się wychodzić z tego syfu, były różne wahania wagowe i to dość spore, rozkojarzenie, ochota na węglowodany... przychodził weekend i zaliczałem "cheat day" co oznaczało ładowanie śmieci pod korek uwieńczonych rozwolnieniem. Choć muszę przyznać, że pozbyłem się wtedy tego całego cukrowego syfu to gdy skończyła się dieta, skończyły się efekty....odbiłem się i to nawet z nawiązką bo ważyłem 109kg i już nawet mała dawka cukrów obfitowała w gromadzenie się tłuszczu.... ketoza okazała się być świetnym urozmaiceniem na chwilę...jak większość diet. 

3. Po 8 tygodniowym okresie ketozy, przyszły upalne dni....był już czerwiec. Zbliżały się moje urodziny i w głowie jedna myśl by znów się nażreć, bo okropnie to lubiłem, okropnie mi to pasowało chodzić z pełnym brzuchem i być szczęśliwym. Mimo, że był gorąc i upał nie piłem za wiele wody, ciężko pracowałem, jadłem co chciałem...mimo wysiłku fizycznego i upalnych dni, sylwetka i samopoczucie progresu nie zaliczały. Uważałem, że skoro ciężko trenuje to mogę sobie pozwolić na dużo więcej niż zwykły Kowalski, bo przecież robię przysiady i martwe ciągi na dużych ciężarach... żyłem z tymi myślami i przeświadczeniem do połowy września. 

4. W połowie września obiecałem sobie po raz kolejny, że teraz zacisnę zęby i choćby się waliło i paliło, dopnę swego. Nie zważając na nic. Dość miałem ludzi i sytuacji w których udowadniano mi raz za razem, że moja wiedza jest na wagę złota, ale sylwetka tego nie potwierdza. Zwyczajnie się uparłem, jednak postanowiłem pójść po rozum do głowy i przeanalizować wszystkie swoje dotychczasowe błędy.... 
- na ketozie efekty nie były długotrwałe w dodatku wciąż łaknąłem cukru !
- na ostrym high facie nie było wcale łaknienia na słodycze, mdliło mnie na samą myśl, jednak z czasem brakowało węglowodanów i zaczęło się zabójcze połączenie węgli z dużymi dawkami tłuszczu i znów zalanie, mimo, że siła była spora
- VLCD zredukowało mi znaczną część masy mięśniowej i mocno się po nim odbiłem 
- High carb degradował moje stawy i umysł, zwyczajnie łaknąłem tłuszczu i to na potęgę i w każdej postaci 

jak widać żadna z tych diet w swej skrajnej postaci nie odpowiadała mojemu organizmowi. Na każdej czułem się dobrze przez kilka tygodni, potem znów zaczynało się odbicie... wciąż pragnąłem tego cukru, a bardzo chciałem pozbyć się tego uczucia ! To mnie uzależniało, zaczęło iść to w niewłaściwym kierunku, żadne doładowania nie polepszały tego stanu rzeczy, wręcz były kolejnym bodźcem by wpieprzać cukier. 

Już z totalną pustką w głowie i kompletnie bez rozmyślań, postanowiłem pospolicie wyczyścić swoją dietę. Stwierdziłem, że skoro i tak jestem grubasem to ostatecznie już gorzej być nie może... zacząłem zjadać owoce, węglowodany złożone, dużo nabiału, żytni chleb itp było wyraźnie lepiej, nie jadłem wcale mało. Dalej byłem gruby, ale wzrósł mój poziom motywacji, na treningi zacząłem już uczęszczać z przyjemnością, wzrósł mój poziom witalności i energii w ciągu dnia... nie było to odczucie jakbym złapał Pana Boga za nogi, jednak było na tyle wystarczająco by nie porzucać tego po tygodniu... 

5. Jadłem sobie już tak przez miesiąc, coś tam zeszło, jednak nie była to rewelacja. Postanowiłem po raz kolejny przystąpić do konkretnego modelu tłuszczowego, jednak już z dużo większą wiedzą. Cały czas się edukowałem, nie spocząłem na laurach. Wiedziałem już, ze zjadanie karkówki na smalcu to praktycznie dostarczanie organizmowi tłuszczu trzewnego hodowlanej trzody, mnóstwo toksyn i na pewno na coś takiego się nie zdecyduję. Poza tym zjadanie karkówki na gęsim smalcu wydawało mi się co najmniej mało atrakcyjnym kulinarnie postępowaniem i wiedziałem, że długo na tym nie wytrzymam. Jednak nie do końca odrzuciłem tłuste mięso, zjadałem wieprzowy boczek, po nim czułem się świetnie zarówno psychicznie jak i libido, mając cały czas świadomość tego, że boczek nie do końca jest również tym zdrowym produktem i zawiera mnóstwo azotanów sodu. Wszystko skurpulatnie zapisywałem w zeszycie. Nie dzieliłem się wszystkimi odczuciami z ludźmi z forum, chciałem uniknąć głupich komentarzy. Wiedziałem, że jestem na dobrej drodze :-) moja dieta bazowa wyglądała na tamten czas, wtedy tak : 

1. 100g ryż, 200g chudy drób, warzywa
2. 100g ryż, 200g chudy drób, warzywa
3. 200g chudy drób, 225g boczek, 10g orzechy, warzywa
4. 5 jaj, 100g boczek, 10g gęsi smalec, 10g orzechy, 50g masło orzechowe 

6. W międzyczasie całego tego okresu nieustannie się doszkalałem - kursy, seminaria. Sporo zdobytej nowej wiedzy i kolejnych papierków, które w najbliższej przyszłości zaowocują. Pamiętam, że kontynuowałem ten jadłospis dość długo. Przez cały ten okres nie robiłem cardio, którego szczerze nienawidzę, a kiedyś robiłem go bardzo dużo...bardzo dużo to znaczy 180minut każdego dnia bez wyjątków na diecie węglowodanowo-białkowej. Nawet miałem okres, że bardzo polubiłem wtedy te cardio, ale siła leciała na pysk mimo aplikowania testosteronu z zewnątrz. Teraz nie robiłem go wcale, stwierdziłem, że co będzie to będzie, żadnych dodatkowych interwałów również nie dawałem, ale już coś pozytywnego się działo z sylwetką i samopoczuciem, bo przeszła mi chęć na zjadanie cukru, co uważałem za niesamowity sukces ! Znów przekonałem się do zjadania tłuszczów w diecie i z niecierpliwością oczekiwałem dalszego rozwoju wydarzeń....

7. Całkowity brak chęci na cukier ewoluował w zniechęcenie do cukru. To było dla mnie jak złapanie Pana Boga za nogi, szczerze się od tego uwolniłem. Możecie mi wierzyć lub nie, ale gdy wchodziłem do sklepu zawsze chodziły za mną te świeże ciepłe bułeczki na które ślinka mi ciekła, te płatki lion, ten cudowny razowy makaron. Nie chciałem tak żyć, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że to jedzenie nie leży tam wcale dla mojego zdrowia. Mam kupić, zeżreć i kupić więcej. Być ich wiernym niewolnikiem, który od tego po latach zdechnie. W tym miejscu zacząłem zauważać pułapki serwowane przez IIFYM i zacząłem sobie zadawać proste pytania, jako, że byłem cały czas tego zwolennikiem :

- Skoro IIFYM 80% czysto/ 20% brudno jest rozwiązaniem idealnym dla psychiki, bo te 20% jest po to by psychika odpoczywała diety, ale jednocześnie wszędobylskie głosy mówiące o tym, że dobra dieta nie zakłada od niej odpoczynków to po co właściwie jest te 20% ? niby dobra dieta nie wymaga od niej odpoczynków, ale z drugiej strony jak nie ma tych 20% to czujemy się źle, co zmusiło mnie do przemyśleń, że 80/20 to w rzeczywistości uzależnienie od tych 20%.... z tej strony zacząłem postrzegać już wielkie minusy tego rozwiązania. 

-Jeśli jesteśmy w głębokim deficycie kalorycznym i w rzeczywistości te brudne jedzenie ma koić naszą psychikę to dlaczego się go pozbywamy, gdy kalorii jest już mało? przeciwnie : powinniśmy jeść go jeszcze więcej, skoro służy to utrzymaniu diety....znów zadałem sobie pytanie : po co to brudne jedzenie? 

-Zacząłem liczyć krótkotrwałe rozwiązania w dłuższym odcinku czasowym. Cóż jeden dzień 80%/20% brudno przy kaloryce wynoszącej 3500kcal daje nam zaledwie 700kcal dostarczanych z brudu, śmieciowego jedzenia. Stosunkowo niewiele. Jednak w perspektywie tygodnia będzie to już 4200 kcal, a w perspektywie 12 tygodni daje nam to obraz : 50 400 kcal, gdzie ową liczbę podzielimy przez nasze dzienne zapotrzebowanie daje nam 2 tygodnie spędzone na samym syfie, zwykłym cukrze bez żadnych wartości odżywczych. Z tej strony nie wyglądało to już atrakcyjnie. Całe 2 tygodnie na śmieciach. 

I wciąż jest to rozpatrzenie tylko w perspektywie 12 tygodni, perspektywa półroczna daje już miesiąc spędzony na śmieciowym jedzeniu. Z żadnej strony mi się to nie kalkulowało i nie widziałem jak można w ten sposób pozbyć się uzależnienia od cukru. 

8. Zacząłem się robić bardziej dociekliwy i ciekawski i zadawałem sobie kolejne pytania :

- dlaczego jestem w stanie przejeść 500g makaronu w kilka godzin ale już równowartości tych węglowodanów z ziemniaków ani mi przez myśl przejdzie zjeść nawet połowę tej puli ? 

- dlaczego jedne węglowodany złożone uzależniają i powodują poposiłkową hipoglikemię a inne dokładnie przeciwnie? 

- dlaczego przy zjadaniu określonej grupy węglowodanów złożonych - moja energia kończy się szybko, spadają zdolności wysiłkowe zaś przy innej dokładnie przeciwnie? bardzo mnie to nurtowało, gdyż i jedne i drugie były węglowodanami złożonymi...

Odpowiedź odnalazłem po jakimś czasie, gdy stwierdziłem, że łaknę kolejnej dawki wiedzy. Co miesiąc regularnie kupowałem sobie po 1-2 książki. Jedną z zakresu żywienia, drugą z zupełnie innej kategorii - fantasy, kryminał, podróżnicze etc. ostatecznie przeczytałem 5 książek o pszenicy wybitnych autorów - doktorów z wieloletnim stażem, w których to książkach były zawarte również badania naukowe na ich końcach.... 

dowiedziałem się, że żboża to skupisko silnego antygenu - glutenu. Śmiałem się z tego, że to kolejna fanatyczna pozycja jakiegoś szalonego doktorka, odrzuciłem to w kąt....powróciłem do tych pozycji po jakiś 2 tygodniach, gdy po zjedzeniu chleba mnie przeczyściło któregoś dnia i wysyfiło na plecach, mimo, że dietę już miałem czystą i prowadziłem ją w każdy dzień dokładnie tak samo. Żadnego innego, nowego składnika. Stwierdziłem, że skoro nie mam nic do stracenia a jedynie z ciekawości poznam inne stanowisko dietetyczne to czemu nie ? na tym polega rozwój, a nie jestem ograniczonym człowiekiem, więc postanowiłem z całą swoją dozą sceptyzmu podejść do tych pozycji. Czytałem coraz więcej o odmianach pszenicy karłowatej, procesach technologicznych, badaniach na ludziach zdrowych jak i chorych i trochę mi ciarki przeszły po plecach. Były tam zawarte bardzo proste pytania, które je zadawałem sobie już wcześniej drogą dedukcji, jednak pozostały uzupełnione o kolejne : 

- dlaczego wiekszość fast-foodów jest obwarowana glutenem?
- dlaczego większość produktów spożywczych zawiera : pszenicę, słód jęczmienny w składzie? 
- dlaczego po zjedzeniu kostki cukru jesteśmy w stanie opanować łaknienie ale nie jesteśmy w stanie go opanować po zjedzeniu zbożowych ciastek? 
- skoro gluten nie szkodzi, czemu nie ma badań o tym świadczących ? 
- skoro choroby przewlekłe nie są wywoływane glutenem czemu ludzie z chorobami typu alzheimmer, adhd, autyzm, zespół Touretta, zespół nieszczelnych jelit, refluks żołądkowy, migrenowe bóle głowy doświadczają pogorszenia swojego stanu chorobowego po włączeniu pszenicy i odwrotnie: po jej wyłączeniu następuje załagodzenie wszystkich objawów? 
- czemu mózg ludzi z chorobami psychicznymi doznawał zmian po zjadaniu pieczywa?
- czemu jest jeden wspólny lek leczący zarówno narkomanów jak i uzależnienie od glutenu ? (nazwa leku to nalakson) 
- czemu coraz więcej ludzi umiera nie z powodu starości a z powodu otyłosci i jej następstw? 
- czemu wzrastająca otyłość pokrywa się z rozwojem technologicznym zboża?
- czemu to zboże nie podlega naturalnej przyrodniczej autodestrukcji? czemu jest odporne na grzyby, wirusy, silne czynniki środowiskowe? 
- czemu ludzie potrafią mieć duży brzuch i okrągłą buzię a chude ręce i nogi ? 
- czemu sylwetka skinny fat zaczęła powstawać wraz z rozwojem technologicznym pszenicy i zbóż? 

tych pytań było wiele więcej. I przyznaję Wam z ręką na sercu : jako osoba, która jawnie kpiła z glutenu i uważała, że to są bajki z USA tylko po to by nakład literatury się dobrze sprzedawał, nie potrafiłem odpowiedzieć ani na 1 pytanie. To zdecydowanie osłabiło moją pewność siebie w kwestiach żywienia. Niestety po dalszej lekturze nie było wcale lepiej, gdy informacje tam zawarte świadczyły o błędnej diagnostyce glutenowej a raczej niedokładnej... 

to rodziło kolejne pytania : 

- skoro mamy osobę z niezdiagnozowaną nadwrażliwością na ten antygen jakim prawem chcemy jej aplikować elastyczne żywienie z produktami pełnoziarnistymi? 

- skoro dana osoba wstydzi się swoich problemów, jaką mamy pewność, że czegoś nie zataiła ? 

- jeśli osoba dużo się rusza, ma świetny metabolizm a mimo to nie może się za nic w świecie lepiej czuć i lepiej wyglądać, to może problem nie leży w tym, że ludzie się opyerdalają nie robiąc przysiadów i martwych ciągów, ale rzeczywiście jest czynnik który im mocno nie służy i torpeduje cały progres? 

- skoro nie ma żadnego badania świadczącego o korzyściach glutenu, za to jest całe mnóstwo o jego szkodliwości - dlaczego chcemy to jeść? 

- skąd pojawia się sama chęć dla zjadania ciepłych pszennych bułeczek? skąd organizm to zna ? 

niestety... znów byłem w ciemnej dupie i jeszcze mocniej chłonąłem wiedzę o wszystkich zbożach. 
trochę mnie to przeraziło. Fakty nie są wygodne....

skąd wzdęcia, skąd bóle głowy, skąd refluks żołądkowy...

dlaczego probiotyki nie działają u osób z problemami trawiennymi
dlaczego zaleczają skutki a nie przyczynę
dlaczego zakwaszenie organizmu jest powiązane z nadmiarem węglowodanów, ale nie wszystkich tylko tych wybranych ? 

totalna masakra. 
Nie potrafiłem odpowiedzieć na ŻADNE Z TYCH PYTAŃ. W żaden racjonalny sposób, który przekonał mnie by samego, że to jest jakaś kolejna dieta cud, kolejna przeczytana bzdura.... 

tak jakbym dostał liścia w mordę i strzelił zdziwioną minę....
Nie było to miłe uczucie, ale wiedza nie zawsze musi być miła. Przede wszystkim ma być skuteczna i prawdziwa, niezależnie od odczuć. 

zrobiłem kurs z psychodietetyki, zaliczyłem 2 wykłady z naturoterapii - tam również był podnoszony temat uzaleznienia mózgu od glutenu.... wszystko zaczęło mi się składać w logiczną całość dlaczego musiałem nadrabiać aktywnością brak efektów dla już deficytowej kaloryki, dlaczego musiałem tyle czasu siedzieć na siłowni w pełni potu, dlaczego musiałem być tak bardzo restrykcyjny, dlaczego sól w diecie powodowała u mnie mega retencję, dlaczego piłem zbyt mało płynów, dlaczego z górnych partii brzucha, potencjalnie najprostszych do redukcji schodziło i tak stosunkowo późno, mimo już lekkich prążków na głowach czworogłowych...coś nie funkcjonowało prawidłowo....coś mi szkodziło i to ewidentnie. Dlaczego mimo większej wagi potrafiłem stać ciężarowo, dlaczego łapały mnie częste stagnacje na redukcji... 

summa summarum z dużą dawką wiedzy zrobiłem jeden mały krok, który później okazał się bardzo wielkim krokiem. Wypieprzyłem jakiekolwiek źródła glutenowe, skupiłem uwagę na organicznych źródłach bezglutenowych takich jak : ziemniaki, amarantus, bataty, cała paleta warzyw, ryż brązowy, wafle ryżowe z rekomendacją PSC (Polskie Stowarzyszenie Celiaków). Żadne makarony, żaden chleb, żadne płatki owsiane nie wchodziły w grę.... 

- poczułem się lepiej
- stagnacje przestały łapać, organizm sam zaczął sobie regulować poziom tkanki tłuszczowej w stosunku do zadanego mu wysiłku
- jadłem cały czas dużo
- nie wykonałem ani minuty cardio
- nie wykonałem ani minuty interwału
- wpadałem na siłownię 3x w tygodniu po 20 minut, bo tylko tyle miałem czasu
- nie robiłem żadnych izolacji
- wzrosła ilość moich płynów do 5-6l na dzień i to wcale nie z przymusu a z chęci, co było bardzo dziwne
- zniknął nieprzyjemny zapach z ust
- zęby już nie bolały. Mimo regularnych odwiedzin stomatologa i dobrego uzębienia : potrafiły boleć
- siła wcale nie spadła, ba nawet wzrosła...
- największy spadek zaliczyłem w pasie i to niemalże z miejsca
- nie bolały stawy. Uszkodziłem sobie lewe kolano, bolało. Było przeciążone fizyczną pracą i ciężkimi siadami 3x w tyg. Przestało boleć, a już miałem iść z tym do mojego znajomego fizjoterapeuty
- zacząłem się lepiej wysypiać. Nie musiałem już spać po 8h by zaliczyć dobrą regenerację
- mimo deficytu energetycznego nie łapały mnie żadne doły psychiczne, odczucie psychicznego głodu
- zaliczyłem wewnętrzny spokój, całkowita oaza spokoju. Nikt nie był w stanie mnie wyprowadzić z równowagi. Do niemiłych ludzi zacząłem się uśmiechać, gdzie w normalnej sytuacji rozszarpałbym za głowę na strzępy
- mogłem zapomnieć o jakimkolwiek przeziębieniu. Wszyscy w okół chorzy ja zdrowy i zdziwienie kolegów na siłowni i w pracy "stary jak Ty to robisz??!" 
- straciłem chęć do cukru i pszenicy... zrobiłem test z mleczną czekoladą : wyplułem, bo była za słodka !! coś niesamowitego zwłaszcza, że jeszcze kilkanaście tyg temu objadałem się w KFC i nie stanowiło problemu zjadanie 9 lodów na dzień... 
- mimo zjadanej małej ilości węglowodanów nie pojawiły się ŻADNE wahania energii. Nauczyłem się żyć bez głodu co było świetnym uczuciem ! 
- zacząłem być bardziej twórczy, kreatywny. Nie wiem jak to nazwać: jasność umysłu. Nie, nie jaram zielska ani nie wciągam fety nosem. 
- po wejściu do sklepu pszenne bułki, ciepłe z pieca zaczęły mi okropnie cuchnąć ! nie pachnieć... zwyczajnie cuchnęły starym tłuszczem i cukrem i nie mogłem wyjść z podziwu, że jestem w stanie wyczuć cukier na bułce oraz tłuszcz.... coś jakby odczucie wejścia do pomieszczenia, gdzie było zrobione kilka kilogramów frytek na głębokim stęchłym oleju... 
- zacząłem mieć smaki na tłuszcz i warzywa. Chęć na warzywa, u mnie ? chęć na pomidora czy paprykę, bakłażana? WOLNE ŻARTY.... nie poznawałem sam siebie. Szczerze to nawet przez chwilę myślałem, że zwariowałem, bo nie wydawało mi się normalnym by łapać smaki na świeże warzywa, podczas gdy jadłem już ich 2,5-3kg dziennie... 
- cera się poprawiła
- słodycze śmierdzą mi z daleka... 

9. Testem okazała się wczorajsza wieczorna wieczerza Wigilijna. Pościłem cały dzień zupełnie bezproblemowo, nie leciała mi ślinka jak smażyły się krokiety...ba sam je robiłem, podobnie pierogi. Czułem mocną obojętność w stosunku do tego jedzenia. Nadszedł czas wigilii, z lekkim odczuciem głodu (po niejedzeniu przez naście godzin, przypominam!) przystąpiłem do konsumpcji : 5 pierogów, 2 krotkiety, 2 kawałki sernika, dorsz z warzywami w miodzie i orzechami, pół szklanki soku z gruszki... nie zjadłem wiele, wzdęło mi brzuch, aż mnie rozbolał. Postanowiłem to stłumić czytaniem kolejnej książki "Czego Masa nie zezna o polskiej mafii" Wojciecha Sumlińskiego....poczytałem kilkadziesiąt minut, następnie mnie przeczyściło. 

Nie jestem aż tak głupi by nie przeanalizować tego czego nie zjadłem... kapusta z krokietów? a skąd... na co dzień ją zjadam. Jest moją ulubioną kiszonką, może pół szklanki soku z gruszki własnoręcznie wyciśniętego? nigdy nie miałem takich jazd po owocach, NIGDY !! 

mąka, mąka i jeszcze raz mąka przyprawiła mnie o boleści brzucha, następnie ból głowy. 
Nie spałem pół nocy z bólu, zwymiotowałem. Poczułem się lepiej. Zwyczajne zatrucie pokarmowe tym syfem ! Mój organizm już zapomniał jak to jest zjadać pszenicę i rafinowany tłuszcz z nabiałem... 

Co ciekawsze: wstałem z lekkim katarem, kwaśnym posmakiem w ustach. Wyżylony mocno, ale i ze skurczami.... 
Koszmarnie się czułem, teraz już jest o niebo lepiej. Nie zjem żadnego krokieta i pieroga, zjadam znów dziś : olej kokosowy, całe jaja, całą gamę warzyw, polędwicę wieprzową, ziemniaki. Same organiczne źródła bezglutenowe. 

To była moja cała droga kilkunastu tygodni począwszy od załamania psychicznego i odnalezienia szczęścia w jedzeniu po stan obecny, gdzie posiadam niski poziom tkanki tłuszczowej bez ciągot do cheat day, cheat meal, z odrzuceniem od pszenicy, cukru i nabiału. Zaliczyłem spadek 15kg śmiesznym nakładem pracy bez utraty sił i libido.



Całą drogę dokumentuje filmikami oraz fotami. 
Będą foty grubasa, stan przejściowy oraz obecny. Pokażę również fotografie posiłków. 
na fotach grubasa : testosteron w suplementacji. Obecny stan : bez sterydów. 



(140kg przysiad przedni + 40kg rwanie jednorącz, ostatni obwód)


(260kg, waga 93kg. Obecna waga to 92,5kg)


(kompleks sztangowy 80kg)


(kompleks sztangowy 100kg, ostatni obwód) 







 



Najważniejsze działy: Kulturystyka | Dieta | Przepisy | Trening | Doping | Fitness | MMA
 Zamknij okienko