Pseudonim - The Quiet Man
Narodowosc - Stany Zjednoczone
Bilans walk zawodowych:
Klik.
Liczba walk 53
Zwycięstwa 43
Nokauty 29
Porażki 8
Remisy 1
No contests 1
Wywiad:
John Ruiz, mistrz świata wagi ciężkiej wersji WBA i sobotni przeciwnik Andrzeja Gołoty: Jeden z moich przyjaciół zmarł na treningu dwa dni po ciężkiej walce. Wróciłem wtedy do domu i uświadomiłem sobie, że w boksie nie chodzi o pieniądze. Oczywiście, muszę zapewnić moim dzieciom utrzymanie, ale czy ryzykowałbym życie, gdyby chodziło tylko o forsę?
Radosław Leniarski: Gdzie zaczął Pan boksować?
John Ruiz: Kiedy miałem siedem lat, mój ojczym zabrał mnie na trening w moim miasteczku w stanie Massachusetts. On wychował się w Portoryko, gdzie jest bardzo popularny. Sam był pięściarzem i kiedy przyjechał do USA, tak jak większość Portorykańczyków za chlebem, i ożenił się z moją matką, postanowił i mnie nauczyć boksu.
Od razu pokochałem ten sport, pokochałem sytuacje, gdy staję w ringu jeden na jednego. Od tamtego czasu chcę być coraz lepszym pięściarzem.
Cała moja bokserska kariera zaczęła się w Massachusetts, dokąd moja matka przyjechała, aby wyleczyć mojego starszego brata z wrodzonej choroby, ale marzę o tym, aby kiedyś bronić mojego tytułu w Portoryko. Mieszkałem tam, w malutkim miasteczku Sabana Grande, przez pierwsze sześć, siedem lat życia i zawsze, gdy tam jadę, odpoczywam, czuję się jak u siebie. Gdy tam się wychowywałem, to było naprawdę biedne miasteczko, nie było pracy. Tam mieszka duża część moich bliskich - kuzyni, ciotki, wujowie i ich rodziny. Ja z młodszym bratem i siostrami mieszkamy w USA. I zawsze po powrocie stamtąd myślę o tym, kiedy tam znów pojadę.
Pana matka mieszka w Portoryko. Teraz, kiedy jest Pan bardzo bogaty, kupił Pan jej duży dom?
- Chciałem jej kupić dom na wsi, ale ona nie byłaby tam szczęśliwa. A chciałem, aby była szczęśliwa po jej niełatwym życiu po rozwodzie z moim ojcem, kiedy musiała sama o nas dbać. Ona jest miejską kobietą, chce wychodzić do miasta, spotykać się z koleżankami. Kupiłem więc sobie dom
w mieście, godzinę drogi od Sabana Grande, które właściwie jest taką trochę większą wioską?. W razie czego kierowca może matkę zawsze tam zawieźć. I założyłem fundację, która pomaga ludziom w Sabana Grande.
Wygląda na to, że ludzie w Sabana Grande to doceniają. Wiem, że bardzo ładnie Pana przywitali, gdy zdobył Pan tytuł mistrza świata, pokonując Evandera Holyfielda.
- To było coś niesamowitego, nie spodziewałem się aż takiego przywitania, czułem się, jakbym dostał młotkiem po głowie. Całe tłumy wiwatowały od lotniska w San Juan aż do Sabana Grande. Droga z lotniska zajmuje zwykle półtorej godziny, a my jechaliśmy samochodem ponad 10 godzin. Część ludzi jechała za nami w kawalkadzie od samego lotniska, machając flagami, skandując moje imię. Na każdym ryneczku, w każdej wiosce ktoś nas zatrzymywał, musieliśmy przemawiać, dostawaliśmy kwiaty i jechaliśmy dalej, przedzierając się przez tłum. W Sabana Grande ludzie całe godziny na nas czekali...
Podobnie witają w Portoryko innego świetnego boksera Felixa Trinidada, którego Pana rodacy traktują jak syna i nazywają pieszczotliwie Tito. Który z Panów jest większym bohaterem dla Portorykańczyków?
- Tito od dawna jest wśród najlepszych, pięknie reprezentuje nasz kraj, ale dlaczego nie może być dwóch bohaterów? Zresztą nie myślę o tym. Chcę tylko, aby moi rodacy czuli się ze mną dobrze i wiedzieli, że chcę zrobić wszystko, żeby ich nie zawieść.
Gdzieś przeczytałem, że nie lubi Pan boksu, a dziś mówi Pan, że kocha...
- To nie tak. Ja nie lubię oglądać boksu. Nie obchodzi mnie, jak walczą inni.
No to ma Pan coś wspólnego z Gołotą. On też nie lubi oglądać boksu, twierdzi nawet, że nie lubi boksować. (
- Ja bardzo lubię boksować. No i zarabiam na tym, boks utrzymuje moją rodzinę i mnie.
Może dlatego nie lubi Pan oglądać innych w ringu, bo ma Pan stracha? To w końcu niebezpieczny sport...
- Nie. Nie boję się. Jeśli ktoś nie lubi być w ringu albo boi się boksować, wybrał niewłaściwy zawód.
Dlaczego Pana ostatnia walka z Fresem Oquendo - tego samego wieczoru, gdy Gołota stoczył świetny pojedynek z Chrisem Byrdem - była tak brzydka? A może nawet nie tylko ostatnia...
- Myślałem, że to będzie bardzo dobry pomysł, gdy o tytuł mistrza świata będzie walczyć dwóch Portorykańczyków - to kolejny krok w historię, bo nigdy wcześniej to się nie zdarzyło. Fres Oquendo świetnie walczył z Chrisem Byrdem, więc może i nasza walka będzie widowiskowa - myślałem. Fres przygotował się do tego pojedynku naprawdę wspaniale, dla niego była to walka życia. Ja z kolei za bardzo się wyluzowałem, nie zadawałem zbyt dużo uderzeń. Odrobiłem wszystko w ostatniej rundzie. Ale i tak byłoby dobrze, gdyby nie to, że do widowiskowej walki potrzeba dwóch widowiskowych zawodników. Ale Fres miał taki pomysł, aby przede mną uciekać. Z tego nie da się zrobić widowiska.
A jak będzie wyglądał pojedynek z Gołotą? Przecież on też nie zechce przyjąć Pana warunków walki ani wdać się w zwarcie...
- Gołota nie jest nieodgadniony. W walce z Byrdem, którą oglądałem dokładnie, nie zrobił nic, co by mnie zaskoczyło. W ten sam sposób walczył wcześniej, tylko że tym razem był bardziej konsekwentny. Będę musiał wyjść do ringu i zbudować sobie w pierwszych rundach taką pozycję, która da mi przewagę.
Jest Pan znany z tego, że się nie cofa, idzie cały czas do przodu. Ale ostatnio podobno zrobił Pan krok w tył. W Poconos w Pensylwanii, gdzie Pan trenował, spotkał Pan niedźwiedzia. Czy może go Pan znokautował?
- Nie biłem się z nim. Jest pod ochroną. Pobiegliśmy z Angelo Vargasem [pięściarz z Bostonu - red.] i innymi wcześnie rano na przebieżkę i rzeczywiście w pewnym momencie spostrzegliśmy niedźwiedzia, który wyruszył na poszukiwanie jedzenia. Podobno to w tamtych okolicach dość zwykłe spotkanie. Widzieliśmy też jelenie.
Czyli był Pan szybszy od niedźwiedzia?
- Nie szukałem problemów. On chyba też nie. Dzięki Bogu, chyba nie był głodny. Podniosłem z ziemi gruby kij, ale nie musiałem go użyć. Pobiegliśmy w inną stronę.
W Polsce panuje przekonanie, że z Pana stylem walki musiał być Pan wcześniej zapaśnikiem...
- Nigdy nie byłem zawodowym zapaśnikiem i jestem zaskoczony, że ktoś tak w ogóle mógł pomyśleć.
Hmmm...
- Z bratem trochę sobie ćwiczymy, on startuje w takich zawodach wrestlingu. Ale ja? Nigdy.
Pana ostatecznym celem w boksie jest...
- Unifikacja tytułów [obecnie jest czterech mistrzów świata w czterech ważnych organizacjach: WBA, WBC, IBF i WBO - red.]. Sobotnia gala jest do tego pierwszym krokiem.
Więc w boksie nie chodzi o pieniądze, tylko o ideę wielkiej unifikacji?
- Nie, nie chodzi tylko o pieniądze. My ryzykujemy w ringu nasze życie, bo tam może się wszystko zdarzyć. Wielu pięściarzy zginęło w ringu. Jeden z moich przyjaciół zmarł na treningu dwa dni po ciężkiej walce. Wróciłem wtedy do domu i uświadomiłem sobie, że w boksie nie chodzi o pieniądze. Oczywiście, muszę zapewnić moim dwojgu dzieciom utrzymanie, ale czy ryzykowałbym życie, gdyby chodziło tylko o forsę?
2004-11-11
zrodlo:sport.pl
Załączone pliki
-
610x.jpg (92,46 KB)
Ilość pobrań: 15 -
1003_BOX_Ruizpublicity_242_.jpg (5,66 KB)
Ilość pobrań: 21 -
beast.jpg (53,91 KB)
Ilość pobrań: 41 -
John_Ruiz_Nikolay_Valuev17.jpg (19,6 KB)
Ilość pobrań: 44 -
ruiz.jpg (14,59 KB)
Ilość pobrań: 15 -
sp2.jpg (47,04 KB)
Ilość pobrań: 34
Pomoc










